WYWIAD: Janusz Korwin-Mikke

Posted on Grudzień 10, 2012


Publikujemy pierwszy wywiad  z Januszem Korwinem-Mikke po jego szokującym oświadczeniu, że jego dotychczasowa kariera polityczna była tylko żartem.

Człowiek, który w ostatnich dniach jest na ustach wszystkich. Często szokował, ale chyba nigdy tak bardzo jak tamtą deklaracją. Członkowie niszowej, ale aktywnej partii – Kongresu Nowej Prawicy – są zupełnie zaskoczeni, podobnie zresztą jak krytycy Korwina. W Internecie roi się od hipotez – czy to genialna manipulacja, czy załamanie nerwowe. Od czasu lakonicznego oświadczenia zupełnie zniknął, aż do telefonu do redakcji Informatora. Poprosił o spotkanie w warszawskiej kawiarni, bez dalszych wyjaśnień.

I oto jest. Już z wyglądu lider Kongresu Nowej Prawicy wydaje się zaprzeczeniem swojego znanego wizerunku – bez słynnej muszki, w dżinsach, koszuli i kardiganie, ogrzewa dłonie nad kubkiem zielonej herbaty. W pierwszej chwili go nie poznaję. Nie wiem do końca czego się spodziewałem, ale na pewno nie tego. Jest zaskakująco wyluzowany jak na kogoś, kto właśnie wyśmiał cały dorobek swojego życia. Uśmiechnięty, bez najmniejszego śladu spięcia, w przeciwieństwie do mnie. Wita mnie uściskiem dłoni.

– Cześć.

Panie Januszu, od czego zacząć…

Jaki panie? Mów mi Janusz, proszę.

Oczywiście. Proszę wybaczyć… To znaczy, wybacz, Janusz, ale te rewelacje ostatnich dni są nieco zaskakujące. W kontekście. Jesteś jedną z bardziej kontrowersyjnych postaci w polskiej debacie publicznej, ikoną wolnorynkowej prawicy. Rozkręciłeś cały ruch społeczny, gazetę… To wszystko w ramach żartu?

No cóż. Pewnie mam sporo do objaśnienia, więc zacznę od początku. Pierwotnie tego nie planowałem. Na początku chciałem po prostu zrobić sobie jaja z komunizmu – wstąpić do Stronnictwa Demokratycznego, które przecież było przybudówką PZPR, i opowiadać o liberalizmie gospodarczym. Zobaczyć, ile im zajmie, aż mnie wyrzucą. Nie wyrzucili, to siedziałem dalej, obserwowałem rozwój sytuacji. Jak pojawiła się Solidarność, to byłem rozdarty. To był ważny punkt decyzyjny, ale wiesz, skusiła jednak pozycja adwokata diabła. Dlatego zacząłem mówić, że trzeba masowo wstąpić do SD, niszczyć od środka, że komunizm trzeba obalić, ale postulaty robotników są bez sensu… Byle zachować taką postawę outsidera. No i jak przyszły zmiany, to okazało się, że mam zwolenników. Początek lat 90. to były dziwne czasy, jesteś chyba za młody żeby pamiętać, ale w polityce wtedy płynęło się na fali. Nikt nie wiedział właściwie do czego dąży i co się dzieje.

I stąd Unia Polityki Realnej?

Tak. Dlatego wybrałem taką nazwę – odniesienie do Realpolitik, skojarzenia z Bismarckiem, który przecież w naszej historii jest raczej czarnym charakterem. No i kontrast z postulatami, których o realizm nikt nie mógł posądzić. Chciałem dalej testować granice tego, co dopuszczalne, tym razem w demokracji, ale to się nie przyjęło. Dalsza historia jest znana – wyleciałem z Sejmu i przyjąłem rolę komentatora.

No właśnie – czy ten kawał się jednak dawno nie przetarł jako konwencja?

Tak, z perspektywy czasu – tak. Wtedy już był jednak Najwyższy Czas, była UPR, całe środowisko. Ciężko było się wycofać. Oczywiście biorę odpowiedzialność za wszystko, ale to naprawdę w dalszym ciągu miało charakter żartu. Gdzieś do końca lat 90. wciąż miałem w pamięci, że chodzi o to, żeby prowokować do myślenia, jako taki probierz dla społeczeństwa. Trochę jak „Skromna propozycja” Swifta. Mieliśmy problemy gospodarcze, dużą biedę, to ja mówiłem, żeby zlikwidować podatek dochodowy i wszelką pomoc społeczną. Balcerowicz szedł ostro w liberalizm – to ja szedłem jeszcze ostrzej. I znalazła się całkiem spora grupa ludzi, głównie bardzo młodych, którzy głosili to na serio. Ale myślę, że na swój sposób wyznaczałem krawędzi dyskursu.

Mówisz – do końca lat 90. Co się wtedy stało?

Jak mawiają dziś młodzi, wkręciłem się. Jeśli człowiek wystarczająco długo nosi jakąś maskę, zapomina kim jest pod nią. Moje lektury i teksty składały się głównie z argumentów na rzecz coraz bardziej radykalnych tez, i wyćwiczyłem się w sztuce debaty tak bardzo, że chyba przekonałem samego siebie. Dziwny okres. Wytworzył się cały ten żargon, z d**okracją, homosiami, eurokołchozem… Pewnie nawet mało zrozumiały dla kogoś, kto nie czytywał mnie regularnie, ale jak mówił Wittgenstein, granice mojego języka są granicami mojego świata. No i nie można przecenić wpływu środowiska na człowieka – zadawałem się z określonymi ludźmi, którzy przytakiwali nawet kiedy sprawdzałem granice i na przykład obrażałem osoby niepełnosprawne. Gdzieś musiał być moment, gdy to wszystko niepostrzeżenie zaczęło wydawać się sensowne.

Wróćmy na chwilę do osób niepełnosprawnych. To jedna z wielu grup, które poczuły się mocno urażone twoimi wypowiedziami – obok obcokrajowców, homoseksualistów, osób biednych…

Taka rola. Chciałem prowokować, to prowokowałem. Pewnie chcesz zapytać czy żałuję – myślę, że nie, chociaż teraz oczywiście jest czas, w którym zadaję sobie wiele pytań. To było jednak ogromnie ważne doświadczenie, a Polska w okresie przejściowym potrzebowała takich szoków, żeby nie popaść w letarg. Z okresu gwałtownych zmian, gdzie można było wszystko i nikt nie znał jutra, tworzyły się zarysy granic debaty publicznej, a ja chciałem je jak najbardziej poszerzać. Dla zasady. Myślę, że się udało i było warto. Lewica nie miała swojego Korwina, który by sprawdzał odporność Polaków na radykalizm od tamtej strony, no i proszę spojrzeć.

Co się właściwie stało, że postanowiłeś zerwać maskę?

Zachowam to dla siebie. Trochę prywatności jest potrzebne.

Oczywiście. Jakie więc są twoje rzeczywiste poglądy? Jak bardzo są odległe od tego, co głosiłeś publicznie?

Właśnie tego chcę się dowiedzieć. W najbliższych miesiącach, może latach, zamierzam się przyjrzeć sobie, tak badawczo, dowiedzieć się, kim jest prawdziwy Janusz Korwin-Mikke. Wyłuskać siebie spod postaci JKM. To może dziwnie zabrzmi z moich ust, ale ciężko mi określić swoje poglądy polityczne w tym momencie. W każdym razie nie czułbym się z tym pewnie – mimo lat mam teraz przed sobą nieznaną drogę, i prawdopodobnie na końcu nie będą takie same. Zresztą od polityki chcę sobie zrobić przerwę, skupić się na rozwoju osobistym. Będę dużo czytał. Pewnie powieści, bo tych praktycznie nie ruszałem z wyjątkiem starych klasyków, a potrzeba mi otworzyć umysł na inne formy niż tylko polemika i argumenty. Chcę się odświeżyć w brydżu i szachach, to zawsze były moje prawdziwe pasje, ale polityka je mocno wyparła. Z żoną adoptowaliśmy psa ze schroniska.

Co ze słynnymi muchami?

Rozdałem członkom zarządu KNP, na pamiątkę. Chociaż tyle jestem im winien.

Reklamy
Posted in: Polityka, Polska